Między Satyriconem a Qvo vadis. Przyczyny, przebieg i skutki klęski ogniowej w Rzymie z czasów Nerona

16 kwietnia 2026

Znalazłyby się w starożytności miasta piękniejsze i lepsze do życia, za to Rzym miał wszystko naj: obszar, wysokość budynków, zaludnienie, korupcję polityczną, rozrywki masowe i pasożytnictwo społeczne. Zatem pod wieloma względami przypominał dzisiejsze metropolie, co może skłonić do wniosku, że niezależnie od epoki, wytworzenie ludziom danych warunków spowoduje określone zachowania.

Mógł też Rzym imponować bałaganem urbanizacyjnym i wielkością katastrof. W roku 27 po Chr. zawalił mu się (tuż za granicami miasta) ogromny amfiteatr pełen widzów żądnych widoku śmierci[1]. W pokolenie później zaliczył rekordowy pożar – ten pożar.

Imperium hodujące patologie

W istocie klęski ogniowe Rzymu były wynikiem populistycznego działania jego elit politycznych, w połączeniu z tradycją zarządzania rosnącym na trzech kontynentach państwem tak, jakby było nadal tym jednym, jedynym miastem nad Tybrem z przyległościami na kilka dni drogi pieszej.

Rzym był wyraźnie uprzywilejowany względem każdej innej metropolii, a ubodzy Rzymianie chcieli z tego korzystać. Wszak ich przodkowie w ciągu 300 lat nieustannych wojen uczynili Morze Śródziemne morzem wewnętrznym (zwali je Mare Nostrum, jest Nasze Morze), a wszystkie kraje jego basenu elementami Imperium, zarządzanymi przez kadencyjnie zmienianych namiestników. Doprowadzono do tego ogromnym kosztem nie tylko podbitych państw, plemion i narodów. Również zdobywcy ponieśli ofiary i to tak duże, że zniszczyli własną strukturę społeczną. Co prawda w czasie podbojów elity rzymskie wzbogaciły się wprost niesłychanie, ale społeczeństwo doznało upadku. Nie chodzi tu o zmniejszenie liczby obywateli rzymskich – tych nawet przybyło. Drastycznie ubyło za to obywateli zdolnych do samodzielnego utrzymania na poziomie dostatnim, świadomych politycznie, a jednocześnie zdrowych społecznie, to jest średniozamożnych, piśmiennych chłopów, dla których wartościami były: ojczyzna, praca, rodzina. Potracili oni majątki na rzecz bogaczy według następującego schematu.

Powołany do wojska ojciec rodziny nie odbywał tradycyjnej, jednosezonowej kampanii, by w następnym sezonie sprzątać plony. Wojował przez kilka-kilkanaście lat z dala od domu. Jeśli nie stracił życia, to wracał nie w pełni zdrów na ciele czy umyśle i niekoniecznie z majątkiem. Przede wszystkim w czasie wojaczki nie uprawiał ziemi, którą po latach zastawał zapuszczoną i zadłużoną, a rodzinę rozbitą. Tak oto większość zwycięskich Rzymian nie miała nic, oprócz poczucia wielkości, więc masowo przybywali do stolicy, gdzie spodziewali się jakoś wyżyć, bo tam i tylko tam władze państwowe zapewniały ubogim obywatelom środki do życia.

Zatem zwycięzcy Rzymianie posiadali, a ich potomstwo dziedziczyło, jedną tylko wartość niezbywalną, póki nie zaprzedali się w niewolę za długi: obywatelstwo. Ten przymiot dawał czynne prawa wyborcze co prawda minimalne u ludzi ubogich, ale dające siłę zbiorową na zgromadzeniu ludowym. Następne pokolenia miały już tylko to, bo wszelkie umiejętności, nie mając warsztatów pracy, bezpowrotnie zatracano. Mieli jeszcze jedno prawo: seksu bez zobowiązań i limitów w zakresie płci czy wieku, co już było zwyczajem ogólnym, śródziemnomorskim, tylko w Rzymie tak spotęgowanym, iż badacze z początku XX wieku nie mogli się nadziwić, że arystokracja rzymska doby rozkwitu cesarstwa pozostawała bezdzietną, mimo zawierania serii małżeństw. Wini się za to wszechobecny ołów (wodociągi i naczynia), ale zapomina o praktykach seksualnych, jakie helleńskim zwyczajem wdrukowywali pedagodzy, na ogół niewolnicy, przyszłym władcom miasta i świata wtedy, gdy ci pozostawali jeszcze chłopcami.

Z mas niewolników (ich hodowli i masowemu napływowi system sprzyjał) przybywało nowych obywateli – wyzwoleńców, nijak nie związanych z tradycyjnymi wartościami, za to nastawionych na bezwzględne przetrwanie.

Politycy szybko zwęszyli żer. Wielu budowało kariery na tej rosnącej w liczbie, zubożałej, a w następnych pokoleniach zdegenerowanej grupie Rzymian. Dbali więc, by nigdy nie zmalała. Wkrótce coś, co początkowo wynikało z okazjonalnej dobroczynności, a potem z obyczaju związanego z zajmowaniem stanowisk edylów przez startujących do polityki młodych, ambitnych Rzymian, stało się instrumentem politycznym. Owo coś to rozdawnictwo żywności i rozrywek pośród mas obywateli (niewolników nigdy nie utrzymywano z grosza publicznego), nie mających żadnych użytecznych umiejętności czy pracy. Kto obłaskawił obywatelski motłoch tym tylko różniący się od tłumu niewolników, że próżniaczy, ten zyskiwał widoki na najwyższe stanowiska państwowe, dające na koniec dostęp do łupienia prowincji, co z kolei dawało widoki na dzierżenie władzy w nieskończoność. Próby uzdrowienia tych stosunków, na przykład poprzez podział ziem publicznych między ubogich obywateli, zawsze kończyły się krwawymi zamieszkami i śmiercią projektodawców.

Stołeczne rozdawnictwo masowe powodowało dodatkową demoralizację. Bo po co pracować gdzieś w pocie czoła na granicy egzystencji, po co rywalizować z latyfundium obszarnika, gdzie niewolnicy pracują za nędzny byt, gdy można za darmo dostawać w Rzymie zboże i oglądać sobie różne widowiska, a niekiedy nawet zapasy gladiatorów? Nic nie dawały napomnienia moralistów: biedni, nic niepotrafiący Rzymianie sprzedawali swoją godność za kilkanaście litrów zboża co miesiąc i miejsce w teatrze. Dziś byłyby to (a może już są): pizza, kebab i telewizor z dostępem do kanałów satelitarnych.

Podobne procesy społeczne wyrodziły republikę w oligarchię, tę zaś w dyktaturę, a potem w pryncypat, czyli w jedynowładztwo, oparte o wierność wojsk, czczących wizerunek władcy na sztandarach.

W interesującym nas czasie boskim jedynowładcą był ostatni już przedstawiciel tzw. dynastii julijsko-klaudyjskiej, rodziny (a raczej zbioru powinowatych) skrajnie dysfunkcyjnej nawet jak na rzymskie stosunki. Nosił miano Nero Claudius Caesar Drusus Germanicus, w skrócie Nero albo Cezar. Uosabiał on ówczesne zwyrodnienie zarówno dynastyczne, jak i ogólnorzymskie. Pamiętajmy jednak, że oprócz możliwości czynienia dowolnych swawoli, miał on również obowiązki, w tym konieczność podobania się ludowi Rzymu takiemu, jakim on w swej masie był. I wbrew temu, co pisali arystokratyczni kronikarze, władca świata zniżający się do zawodu aktora-śpiewaka (wówczas był to ekskluzywny rodzaj prostytucji) bardzo zyskiwał w oczach proletariuszy, a zbrodnie polityczne (wybicie wszystkich potomków Oktawiana Augusta czy zmuszanie do samobójstw zwycięskich wodzów) tylko dodawały mu kolorytu wśród gawiedzi. Nie powinniśmy się temu dziwić, wszak dziś czcze gadaniny celebrytów bardziej się liczą niż konkretne przemówienia budowniczych mostów.

Nero nie tylko ulegał własnym zachciankom czy megalomanii, ale stosował uniwersalne mechanizmy popularności. Pokazywał, że jest jakby jednym z wielu, no i dawał masom obywateli chleb i igrzyska. Dobrze wiedział, co czyni. Przecież choć prawa wyborcze kwirytów już się wtedy nie liczyły, to mogli oni zdmuchnąć oni ze świecznika nawet osobę najdostojniejszą. Wszak kilkanaście tysięcy wojska i służb porządkowych nic nie mogło poradzić na gniew półmilionowego tłumu zbrojnego w drągi, rożny, noże i kamienie.

Kto chciałby zajrzeć do rzymskiego świata roku 64 po Chr., niech przeczyta Satyricon, fascynującą powieść autorstwa naocznego świadka, prawdopodobnie Gajusza Petroniusza – tego z Quo vadis (1896) Henryka Sienkiewicza. Jest to niby prześmiewczy, a w istocie przerażająco dosłowny portret społeczeństwa, balansującego na granicy głodu, nudy i wywyższonego do sacrum rozpasania seksualnego.

Żyli wówczas w Rzymie ludzie, zawierający związki małżeńskie z miłości, kochający swoje dzieci, co nie zostawiali noworodków na wyspie śmierci (powszechny zwyczaj zwłaszcza w odniesieniu do dziewczynek, zwykle ocalali je hodowcy niewolników; za pokolenie cezar Trajan płacił Rzymianom za to, żeby chcieli dzieci nie porzucać, a wychowywać), ale to nie oni nadawali ton. Były też w Imperium miejsca, gdzie tradycyjne wartości i praktyczne umiejętności zdołały się przechować. Kwitły kolonie rzymskie w prowincjach, zwłaszcza w Hiszpanii i Germanii, acz przybywający do Rzymu przeżywali negatywny szok poznawczy po konfrontacji legend z rzeczywistością. W tej ogólnej degeneracji pojawiło się chrześcijaństwo z jego uniwersalnymi wartościami jakże odwrotnymi od rzymskich owej doby: dobroci, z pohamowaniem hedonizmu, widzące w niewolniku człowieka, a nie instrumentum vocale (narzędzie mówiące), szanujące kobiety, a zwłaszcza macierzyństwo. Chrześcijaństwo zyskało masy zwolenników, ale też otoczono je plotkami o ludożerstwie. Plotki te tylko do pewnego czasu zbywano równie obojętnie, jak gadaniny o każdym z kilkuset różnych, nawet najdziwaczniejszych kultów wówczas w Rzymie praktykowanych.

Przeludnienie i tandeta

Gdzieś te ponad półtora miliona ludzi musiało mieszkać, wszak egzystencja mas oparta na rozdawnictwie miała poważne skutki uboczne. Żywność i rozrywka bywały darmowe, ale mieszkanie – nie. Za darmo dało się nocować w miejscach publicznych, przecież te tłumy gnieżdżące się nocą po schodach i portykach świątyń to obraz beznadziejnej nędzy moralnej i materialnej.

Jeśli chcieć przyrównać to Miasto na siedmiu wzgórzach (o Rzymie powinniśmy mówić wielką literą) do jakieś dzisiejszej metropolii, na myśl przychodzą pagórkowate aglomeracje brazylijskie, gdzie dzielnice bogate sąsiadują ze slumsami. Z tym, że te spontaniczne brazylijskie slumsy są skromniejsze od zorganizowanych rzymskich. Bo w Rzymie każdy skrawek ziemi miał właściciela, ciągnącego z niego zysk. Nie dało się ot tak, jak w Rio de Janeiro zająć jakiegoś spłachetka wolnej ziemi i postawić na nim własnej budy czy beczki, jak to miał w Atenach filozof Diogenes z Synopy („Zejdź mi ze słońca” – powiedział Wielkiemu Aleksandrowi, pytającemu, co może dla niego zrobić), bo ta ziemia miała wielką wartość i do kogoś należała. Jako że powierzchni zabudowy nie dało się zwiększać ponad powierzchnie działek, Rzym z pokolenia na pokolenie rósł w wzwyż. Oto jak wyglądała maksymalizacja zysków na biedocie.

„Skoro więc na jednym poziomie nie można pomieścić tak wielkiej ilości mieszkańców, rzecz sama zmusiła do szukania pomocy w wysokości budowli. (…) Zatem przez uwielokrotnienie powierzchni mieszkalnej dzięki budowie domów wielopiętrowych, lud rzymski zyskuje doskonałe pomieszczenia”[2].

Doskonałe, to słowo znacznie na wyrost. Domy czynszowe (insulae), stawiano naprawdę tanio, a solidności budowli nie sprzyjało ówczesne rzymskie prawo budowlane, choć intencje w czasie jego stanowienia były szczytne. Mianowicie ograniczono grubość murów przyziemia do półtorej stopy w dwóch jednocześnie celach: aby uzyskać jak największą powierzchnię użytkową oraz uniemożliwić stawianie budynków wyższych, niż dwie kondygnacje. „Otóż mury zbudowane na grubość nie dwóch lub trzech cegieł, ale tylko jednej cegły grubej na półtorej stopy, nie mogą utrzymać więcej niż jedną kondygnację”[3].

Pomysłowość ludzka nie zna granic, zwłaszcza gdy prawo ma niedomówienia. Sprzeczność między grubością ścian nośnych, a konieczną do uzyskania powierzchnią mieszkalną pogodzono w ten sposób, że notorycznie przekraczano wykazane wyżej normy wytrzymałościowe i prawne. By ich jednak choć z pozoru nie naruszać, do budowy wyższych kondygnacji nie używano cegieł, tylko lżejszych materiałów, głównie drewna. Zatem wszystkie stropy i schody były drewniane, a ściany działowe wznoszono powszechnie z wikliny, czyli z materiału wyklętego przez architekta Witruwiusza takimi słowy: „(…) byłbym wolał, by w ogóle nie zostały wynalezione. O ile są bowiem praktyczne ze względu na szybkość wykonania i zwiększenie powierzchni użytkowej, o tyle są wielką i powszechną plagą, gdyż jak pochodnie łatwo zajmują się od ognia”[4].

Obustronne tynkowanie albo, co gorsza, oblepianie surową gliną, niewiele pomagało, gdyż tynk łatwo odpadał w miejscach słupów i rygli drewnianych, odsłaniając na działanie ognia plecionki i ich wypełnienia z wiórów, trocin i chrustu. W dodatku nie nadbudowywano takim sposobem tylko jednej dodatkowej kondygnacji – przybywało ich nawet pięć!

Co na to władze? Ano pretorowie miejscy, edylowie i ich pomocnicy mieli nosy nieczułe na woń niektórych przedmiotów na długo przed wynalezieniem przysłowia o nich, więc przymykali oczy nie tylko na przekraczanie norm, ale również na bylejakość materiałów konstrukcyjnych.

Na tym nie był koniec nadużyciom. Nie dość, że zamiast mieszkań budowano gotowe stosy palne, to patologiczna oszczędność miejsca zrodziła ułatwiającą przerzuty ognia ciasnotę zabudowy i to na kilka sposobów. Przez kilkaset lat żaden wróg zewnętrzny nie zniszczył Rzymu (sami Rzymianie zdobyli go kilka razy, ale nie spalili), więc zachowano układ miasta z czasów zamierzchłych, gdy było ono „ledwie” kilkudziesięciotysięcznym miejscem schronienia dla okolicznej ludności. W miarę zużywania, to jest spalania i zawalania starej zabudowy, niemalże na jej fundamentach wznoszono coraz wyższe budynki, odległe o tyle tylko, by można było jakoś się przemieszczać tylko na poziomie pierwszej kondygnacji, wyżej robiono wykusze, powiększające powierzchnię użytkową, więc budynki z drewna i chrustu wysokie na ponad 20 m (!) niemalże stykały się ze sobą.

Można więc powiedzieć, że w przeważającej większości Rzym miał kilkukondygnacyjną zabudowę slumsową. Insul było ponad 40 tysięcy, więc sama statystyka powodowała, że codziennie coś zawalało się z hukiem, a pożar połowy dzielnicy nie był rzadkością. Satyryk Juwenalis w następnym pokoleniu (a więc po reformach związanych z pożarem) tak oto opisał tę rzeczywistość rzymską, porównując ją z miastami niedalekimi od stolicy, gdzie budowano o niebo lepiej:

„Któż się obawia, kto się kiedykolwiek obawiał zawalenia swego domu w chłodnej Praensete, w Wolsiniach, które otaczają lesiste wzgórza?… Lecz my mieszkamy w mieście, które w dużej części zbudowane jest tylko z beleczek, i skoro administrator domu zatkał już szczelinę starego pęknięcia, zachęca ludzi, by spali w zupełnym spokoju pod gruzami wiszącymi im nad głową. (…) Ach, kiedyż będę mógł żyć w takim miejscu, gdzie nie byłoby pożarów, gdzie noce wolne byłyby od alarmów!”[5]

Sytuacji nie poprawiała zabudowa monumentalna. Wbrew temu, co dziś nam może się wydawać na podstawie imponujących pozostałości (w większości o późniejszym rodowodzie), budowle oficjalne Rzymu Nerona rzadko miewały konstrukcję murowaną czy kamienną – powstanie takowej powodowało sensację. Nawet świątynie stawiano drewniane, a na kilkanaście tak potrzebnych ludowi i politykom teatrów i amfiteatrów tylko kilka było murowanych. Niedługo przed wielkim pożarem Nero wzniósł ogromnym nakładem kosztów amfiteatr: calutki z drewna. „A Colosseum?” – ktoś zapyta. Ten wiecznotrwały budynek to dzieło następnej dynastii i powinien nazywać się Amfiteatrem Flawiuszy, z której to Wespazjan, jej pierwszy cezar, powiedział: „Pieniądze nie śmierdzą”. Acz Nero wiecznie żywy, bo nieoficjalne, trwałe miano wzięła ta budowla od Kolosa, tj. podówczas zniszczonego ogromnego posągu Nerona, co stał obok.

Bogatsi Rzymianie i ich rodziny mieszkali w ok. 1800 domach postawionych w technologii murowej, mających jednak wiele elementów konstrukcyjnych (w tym ścian) z drewna: dach, a pod nim sufit kasetonowy lub podwieszany. Świątynie, również te murowane, przedstawiały sobą magazyny materiałów palnych, przechowywanych w znacznym zagęszczeniu: boazeria, rusztowania dla darów wotywnych i same dary z kilkuset lat, meble, obrazy i większość rzeźb, zabytkowe łupy wielu pokoleń. W portykach otaczających świątynie tylko kolumny były murowane lub kamienne, natomiast reszta: dachy, podciągi, krokwie to wysokogatunkowe, wysuszone drewno. W dodatku budynki publiczne z reguły oblepione były palnymi kramami, budami i szopami, które na wypadek pożaru niweczyły możliwości osłonowe ceglanej lub kamiennej zabudowy.

Istotnymi przeszkodami na drodze rozwoju pożaru były dopiero największe prywatne domostwa (pałace), za sprawą otaczania ich ogrodami z drzew liściastych, okolonych wysokimi murami i wyposażenia w sadzawki zasilane z akweduktów. Największe kompleksy parkowo-pałacowe należały do rodziny panującej. Miało się jednak okazać, że te pałace, odporne na zwykłe, duże pożary, w zetknięciu z wyzwoloną energią obecnego żywiołu i one uległy zniszczeniu, choć to właśnie ich broniono najofiarniej.

Jedyne, co mogło powszechnie hamować rozwój pożarów, to pokrycie dachów. Zasadniczo wszędzie stosowano dachówką ceramiczną, ale i strzechy były w ówczesnym Rzymie, nawet w miejscu strategicznym. Bo też obok zwyrodnienia, Rzym miał całkiem zdrowe poczucie tożsamości kulturowej i resztki dumy z pochodzenia od rolników: „(…) chata Romulusa na Kapitolu i słomą kryte dachy świątyń na zamku kapitolińskim mogą nam przywołać na pamięć prastare obyczaje i na nie wskazywać”[6]. Niemniej i te sentymentalne elementy w chwili próby przyczyniły się do powiększenia klęski, same znikając bez śladu, wraz z bezcennymi pamiątkami, jakie z pietyzmem przechowywano i czczono jako relikwie od pół tysiąca lat.

Czy Rzymianie zdawali sobie sprawę z zagrożenia pożarowego? Jak najbardziej tak! Dotyczyło to zarówno ludzi prostych, jak elit i najwyższych władz. Jedni byli wprost chorzy ze strachu przed zawaleniem budynku lub pożarem, inni głowili się (w tym nasz Nero…), jak znaleźć wyjście z tej tandetnej beznadziei kształtowanej przez pokolenia, a zakonserwowanej systemem politycznym pryncypatu. Rzym był fatalnym miejscem do życia, hałaśliwym, brudnym, a zatłoczonym tak, że cały transport kołowy odbywał się wyłącznie nocą, więc hurkot i krzyki nie ustawały nigdy.

Z ponurą rzeczywistością pożarową Rzymu nauczono się nie tylko żyć, ale też czynnie walczyć. Jednak jak każde myślenie jednostronne, sama walka czynna, bez zapobiegania, była skazana na porażkę i to niezależnie od zaangażowanych sił. Niemniej Rzym miał profesjonalną, nader liczną straż pożarną, o swoistych doprawdy tradycjach.

Straż pożarna

Schyłek republiki w wieku poprzednim oznaczał zwiększenie ludności Rzymu z przyczyn wyżej opisanych. Pożary stały się plagą, a gaszono je głównie przez wyburzanie. Na skutek wojen domowych do wielkiego znaczenia doszedł bardzo pomysłowy człowiek, a przyjaciel krwawego dyktatora Sulii: Marek Licyniusz Krassus, którego zasadniczym celem życia było gromadzenie bogactw. Zgromadził mnóstwo nieruchomości w Rzymie za bezcen, gdy setki właścicieli na rozkaz dyktatora Sulli zabito, ale – co za złośliwość losu – niszczyły mu je pożary. By z nimi walczyć, kazał wyszkolić grupę niewolników-specjalistów. Okazało się to całkiem trafnym przedsięwzięciem biznesowym, więc oddział urósł. Oddajmy głos kronikarzowi.

„Przy tym widząc ściśle z Rzymem związane nieszczęścia, pożary, zapadanie się budynków z powodu ich obciążenia i zagęszczenia, zakupił niewolników, architektów i budowniczych; a mając ich ponad pięciuset wykupywał mienie po pożarach lub sąsiadujące z pożarami, porzucane za niewielką cenę przez właścicieli z powodu obawy lub niepewności.”[7]

To Krassus ukuł powiedzenie, że najtaniej można dom kupić wtedy, gdy się pali.

Po Krassusie nie miał kto zająć się sprawami czynnej ochrony przeciwpożarowej Rzymu. Nastały długoletnie, zabójcze wojny domowe. Najpierw Gajusz Juliusz Cezar rzekł „kości zostały rzucone” i przekroczył rzeczkę Rubikon. Został dyktatorem, co zdenerwowało wielu ludzi programowo mu niechętnych, ale gdy zachciał korony królewskiej, zasztyletowali go również jego zwolennicy (I ty, Brutusie?…). Wojnom nie było dosyć, a wyłonił się z nich nowy porządek, ustanowiony przez Oktawiusza Cezara (siostrzeńca Gajusza Juliusza). Polegał on na tym, że Oktawiusz omijał drażliwe nazwy, za to dożywotnio pełnił wszystkie wcześniej kadencyjne urzędy (konsula, trybuna ludu, a zwłaszcza cenzora). Nosił też dożywotnie tytuły: imperator (wódz naczelny) oraz nowość: princeps inter pares, czyli „pierwszy pośród równych” (stąd pryncypat), a dodatkowo „ojciec ojczyzny”. Wreszcie senat nazwał go Augustusem, czyli najdostojniejszym. Do dziś mamy tego ślad, gdyż jak lipiec, miesiąc urodzenia Gajusza Juliusza Cezara, został Juliuszem, tak na tej samej zasadzie sierpień nazwano Augustem. Nie lekceważmy też jego ojcostwa ojczyzny: w prawie rzymskim ojciec miał dosłowne prawo życia i śmierci w odniesieniu do członków rodziny (oczywiście nie w emocjach, ale po urządzeniu sądu domowego), a co dopiero ojciec wszystkich?…

Po likwidacji wszelkich konkurentów politycznych August wziął się za inne rodzaje porządków urbi et orbi, tj. miasta i świata.

Rzym od dawna posiadał kohorty miejskie (cohortes urbanae), służbę porządkowo-policyjną, niezbędną do walki z pospolitym bandytyzmem i tłumienia w zarodku odruchów niezadowolenia ludu. Liczbę kohort policyjnych Oktawian August powiększył do sześciu i mogły one pełnić pomocniczą rolę w zapobieganiu pożarom czy ich gaszeniu. Jednak to było za mało i troskliwy tyran w roku 6 po Chr. ustanowił pierwszą publiczną, służącą Rzymianom nocną straż porządkowo-ogniową, tzw. Milita vigilum, tj. swobodnie tłumacząc – żołnierzy czuwających, czyli strażników, powołanych w liczbie 7 kohort po aż 1000 osób i czterech lekarzy każda. Pół kohorty i dwóch lekarzy przypadało na jedną dzielnicę Rzymu – prawie 80 lat po prywatnej straży pożarnej Krassusa.

Strażnicy-strażacy byli uzbrojeni i wyposażeni na wzór wojskowy, tylko nieco gorzej, z reguły w wyszłe lub wychodzące z mody wzory uzbrojenia i oporządzenia (ten zwyczaj jakby odnowił się z chwilą powoływania europejskich straży pożarnych w XIX w: strażacy dostawali mundury przeszłych wzorów, których wojsko już nie używało, a które szkoda było wyrzucić, więc zawsze wyglądali nieco operetkowo). Szkolono ich mniej do walk z tłumem, a bardziej do gaszenia pożarów. Można się domyślać, że ich „uzbrojenie” mocno ewoluowało w kierunku zadań, jakie wykonywali, więc topory i oskardy częściej trzymali w rękach niż oszczepy czy włócznie, a ich buty wojskowe raczej nie były ażurowe, jak typowe wojskowe sandały (caligae) – kto chodził po niedogaszonych węglach, ten wie, w czym rzecz.

Wigilowie patrolowali Miasto głównie nocą, pilnując podstawowego porządku ogniowego, tj. by w używaniu ognia otwartego nie przekraczać granic rozsądku lub zaleceń władz. Zaleceń, które nie są nam znane, ale z pewnością istniały. Widząc pożar podnosili głośny alarm przy pomocy tub lub na takiż reagowali, ściągając czuwające w koszarach siły do zgaszenia ognia i/lub wyburzenia płonącego budynku. Środkami gaśniczymi były woda i ocet, ten drugi ze względu na dobre właściwości zwilżające – wnikał w porowate materiały głębiej od wody. Wodę lano z wiader – posiadanie pomp w rodzaju wynalazku Ktesibiosa należy między bajki włożyć, upowszechniane na turniejach wiedzy pożarniczej.

Czynna ochrona przeciwpożarowa nie opierała się na samych tylko wigilach. Można domyślać się powszechnego obowiązku zarówno alarmowania, jak gaszenia ognia przez mieszkańców Rzymu. Wiemy to z Satyricona, co prawda dla istniejących jeszcze wtedy (już niedługo) Pompejów, ale w niesłychanie trudniejszym pożarowo Rzymie musiało być co najmniej tak samo, na co wskazuje ogólny kontekst wypowiedzi jednego z bohaterów powieści, pedofila zresztą, jak oni wszyscy:

„Trębacze zagrzmieli pogrzebowym łoskotem, a szczególnie jeden (…) tak gromko zadął w róg, że zbudził całe sąsiedztwo. W następstwie tego straż, która pełniła służbę w najbliższej okolicy, myśląc, że dom się pali, wyłamała pośpiesznie bramę i z wodą i toporami zaczęła robić swoim zwyczajem zamieszanie (…). Uciekliśmy czym prędzej, zupełnie jak z pożaru”.[8]

Jak widać nawet Petroniusz, mimo że arbiter elegancji u Nerona, znał się na zasadach postępowania na wypadek pożaru: głośno alarmować i czym prędzej uciekać. Bo szybkość działania była kluczowa, jak to przy pożarze. Rzymskie budynki nie dawały bowiem za wielu szans na ratunek:

„Już trzecie piętro jest w ogniu, a ty nic o tym nie wiesz. Począwszy od parteru tłum tłoczy się i rozpycha, lecz ten, kto usmaży się ostatni – to biedak, którego od deszczu chroni tylko dachówka, gdzie rozmarzone gołębie przychodzą składać swe jajka.”[9]

Skuteczność służby wigilów zależała od staranności o nią i nadzoru władz, uposażenia, szkolenia, doboru ludzi. Mógł na nią wpływać również i taki czynnik, że w odniesieniu do służb miejskich, w tym właśnie wigilów, jakieś uprawnienia posiadał senat – miejsce strukturalnie wrogie wszystkim kolejnym cezarom. Jakiś obrotny patrycjusz przy pomocy kohort miejskich i wigilów mógłby dokonać zamachu stanu, więc władcy świata po cichu dbali, by nigdy nie były to oddziały dorównujące wyposażeniem, uposażeniem i zdolnościami bojowymi gwardii pretoriańskiej. Władcy silni, jak August lub Tyberiusz, mogli nie zważać na kilka tysięcy uzbrojonych ludzi, którym jakiś uzurpator wydałby rozkaz ataku na Kapitol. Inni żywili obawy, więc służba wigilów z całą pewnością nie była przez nich doposażona. Symptomatyczne, że z opisu przebiegu wielkiego pożaru służba ta znika nam, podobnie kohorty miejskie, np. nikt nijak nie powstrzymuje podpalaczy.

Na rozkaz Nerona w wielkim pożarze do działań gaśniczo-porządkowych użyto również trzeciej stołecznej służby militarnej, tj. gwardii pretoriańskiej, na co dzień zajmującej się ochroną osoby cezara – osiem kohort po 480 pieszych i 120 konnych każda. Pretorianie nie byli szkoleni do gaszenia ognia, ale rzuceni na jakiś odcinek mogli bardzo sprawnie wyburzyć budynki na drodze rozwoju pożaru. W szczególności byli najlepsi do zapanowania nad tłumem, do czego ich szkolono zarówno jako ochronę miejsc czy osób, jak i jako bezwzględne siły pacyfikacyjne. Przy pożarze przede wszystkim niweczyli wszelkie zakusy na życie Nerona, a poza tym byli wykorzystani do obydwu rodzajów działań policji porządkowej, niczym kohorty miejskie.

Wracając do wigilów, co z relacji o klęsce ogniowej nam zniknęli – można powiedzieć, że byli skuteczni, nawet bardzo. Bo swoistą miarą ich skuteczności była, paradoksalnie, wielkość naszego pożaru. Nie ma w tym nic dziwnego. To ta sama miara, która kilka lat temu dała asumpt dyletantom do twierdzenia, że Australia płonie. Otóż w Australii było zwyczajem zgodnym z miejscową przyrodą, że wypalano roślinność w porze wilgotnej, żeby nie płonęła w porze suchej, bo w upały, jako pirofityczna, a nawet pirofilna, zapala się sama. Ognia, jakbyśmy sobie o tym nie myśleli, australijska flora potrzebuje do życia. Niestety, do władzy doszli tam wrogowie dwutlenku węgla i kazali ustawicznie gasić wszelkie pożary. Zatem przez kilkanaście lat udało się nagromadzić mnóstwo materiału palnego (miejscowa martwa roślinność nie gnije), nad którym nie udało się zapanować i płomienie w grudniu 2019 r. sięgnęły, co niebywałe, koali w wierzchołkach eukaliptusów, a i niejedno miasto zmogły.

Zatem i wigiliowe w Rzymie Nerona im więcej odnosili sukcesów gaśniczych, tym zagrożenie pożarowe rosło bardziej, bo codziennie przybywała jakaś kondygnacja, a na wszystkich innych i wokół budynków gromadzono jeszcze więcej materiałów palnych. A przecież masę krytyczną przekroczono już dawno. Teraz wystarczyły odpowiednie warunki pogodowe, jakaś doza nieostrożności, spóźniony alarm, trochę wiatru i w warunkach zabudowy Rzymu żadna straż pożarna nie byłaby w stanie zapanować nad żywiołem. Łącznie z dzisiejszymi.

Pożar: 19-26 lipca 64 r.

Ogień powstał z początku w tej części cyrku, która przylega do palatyńskiego i celijskiego wzgórza. Tam w kramach pełnych tego rodzaju towarów, jakimi się płomień podsyca, ledwie wszczął się pożar, a zaraz nabrał siły i rozniecony wiatrem cały cyrk jak długi ogarnął. Albowiem ani pałaców, ani świątyń, otoczonych murami, ani jakiegokolwiek innego hamulca po drodze nie było”[10].

Jako cyrk, należy tu rozumieć rzymski hipodrom – największą ówczesną budowlę w Rzymie. Powstała ona na sztucznym wale ziemnym, miała podłużny kształt, a wymiar zewnętrzne 600 x 100 m. Mieściła aż 250 tys. widzów! Niestety – tylko 1/3 tych miejsc była kamienna, pozostałe to ławy na wysokiej konstrukcji drewnianej. Ponadto obłożono ją na zewnątrz setkami drobnych, drewnianych kramów, pełnych palnych dóbr, jak pamiątki, zabawki, odzież, żywność (w tym oliwa), a pod widownią gromadziły się odpadki tegoż pochodzenia. Wszystko to razem tworzyło ogromny stos paliwa w postaci bardzo podatnej na zapalenie i szybki rozwój pożaru.

Mimo pełnionych straży pożar za późno spostrzeżono, by skutecznie ugasić w zarodku przez polewanie wodą z wiader. Wkrótce osiągnął rozmiary, utrudniające podejście do niego ze względu na duże promieniowanie cieplne. Z pewnością próbowano coś zaradzić, ale ogromny obiekt cyrku był nie do ugaszenia nie tylko przy ówczesnych środkach – również i dziś byłyby z tym poważne problemy (np. pożar przy ul. Marywilskiej w Warszawie z dnia 11 lipca 2024 r. niczego i nikogo się nie uląkł: asysty wielu strażaków, armat wodnych i dowództwa samego komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej). Wyburzyć tak wielkiej konstrukcji nie dawało się.

W dodatku nastąpiło coś, czego się nie spodziewano. Bo jeśli przyjąć, że front pożaru miał wtedy długość Wielkiego Cyrku, to ogarnięta płomieniami powierzchnia tylko tego, przestrzennego budynku wystarczyła, by wzbudzić do przyspieszonego ruchu w górę ogromne masy powietrza na zasadzie samego tylko ugrzania (1 m3 powietrza waży 1 kg). To powodowało odczuwalny wiatr, wiejący do pożaru z każdej strony – takiż wiatr rozchodził się wyżej od pożaru na zewnątrz. Przez to szybko nastąpiły przerzuty ognia na sąsiednie obiekty, zwiększające powierzchnię ogarniętą żywiołem, co wystarczało, by w upalną noc wytworzyć efekty zbliżone do burzy ogniowej, zjawiska występującego w czasie wielkich pożarów leśnych w terenie górzystym, a w urbanistyce znane z niemieckich i japońskich miast w czasie II wojny światowej, traktowanych tysiącami ton bomb zapalających. Dośrodkowe wiatry osiągają siłę huraganu, formując stacjonarne tornado z ognia i dymu, a temperatura pożaru, na ogół nie przewyższająca 800oC, w tych warunkach osiąga grubo ponad 1000oC. Tu nie było inaczej, bo pora roku, powierzchnia wyjściowa i pogoda sprzyjały zjawisku. Tak opisał pożar najwiarygodniejszy z kronikarzy rzymskich:

„Z gwałtownością więc naprzód rozpostarł się on na równinach, potem piął się na wyniosłości, to znowu pustoszył części niżej położone i wyprzedzał wszelkie środki zaradcze wskutek szybkości nieszczęścia, na jakie zresztą było narażone miasto ze swymi ciasnymi i skręcającymi w tę i ową stronę ulicami oraz nieregularnymi szeregami domów (…)”[11].

Podejmowane środki zaradcze, czyli próby gaszenia i wyburzanie niektórych domów, kończyły się niepowodzeniem. Pożar wszystko wyprzedzał. Ponadto wystąpił jeszcze jeden czynnik, który wręcz zniechęcał do gaszenia, a pewnie przesądził o ogromnych rozmiarach klęski. Widząc bezradność rozproszonych sił porządkowych, którymi nie miał kto autorytarnie dowodzić, gdyż wszyscy najważniejsi ludzie byli przy Neronie, co pojechał na wycieczkę w miejsce milsze latem cuchnący Rzym, ujawniły się liczne gromady bandytów, radych jak najwięcej skorzystać na ludzkim nieszczęściu. Wykorzystali oni przy tym bardzo nośne hasło, czyli rzekomy rozkaz cezara. Otóż Nero w zranionym poczuciu estetyki, od dawna chciał nowego Rzymu, przewyższającego pięknem wszystko, co dotychczas zbudowano, a nawet wyraził na głos zachciankę, żeby stary Rzym spłonął. Nie mówił tego serio, tylko prawdopodobnie zareagował tak na niemożność, nawet dla niego, uczynienia stosunków własnościowych takimi, by móc wytyczyć nowe ulice, place, ogrody, które czyniłyby życie znośniejszym, a przede wszystkim bezpieczniejszym pożarowo. Teraz zbrodniarze wykorzystali to pochopne życzenie do własnych celów, podpalając inne budynki i grożąc gniewem cesarza tym, którzy usiłowali im przeszkodzić, nawet ludziom możnym. Świadkom ten gniew wydawał się prawdopodobny, wszak „ludzcy bogowie” ery pryncypatu różne już pomysły w czyn wcielali. Tak oto mógł się Nero przekonać o prawdziwości powiedzenia z czasów nam bliższych, że słowo wylatuje wróbelkiem, a powraca wołem.

W końcu, wobec bezradnych tłumów tratujących się w ślepych uliczkach, zaskakiwanych ogniem i dymem w miejscach wydawałoby się – bezpiecznych, przestano całkowicie panować nad żywiołem. Dla wielu Rzymian nastał jakby koniec świata: „(…) niezdecydowani, czego mają unikać, a czego szukać, zapełnili ulice, zalegli pola; jedni, straciwszy całe swe mienie, a nawet środki dla jednodniowego utrzymania życia – ginęli, drudzy zaś z miłości ku najbliższym, których wydrzeć śmierci nie zdołali, jakkolwiek sami mieli otwartą do ratunku drogę”[12].

Cezar jeszcze podsycił podejrzenia wobec własnej osoby. Gdy powstał pożar przebywał niedaleko nad morzem, w Ancjum (dziś Anzio). Jednak nie śpieszył się z powrotem, co dało asumpt do nazywania go nieczułym na zbiorowe nieszczęście tyranem. Wrócił dopiero wtedy, gdy ogień dotarł do jego pałacu, co potwierdzało tezę o samolubstwie. Choć wzgórza palatyńskiego od początku pożaru broniono ofiarnie, nic to nie dało – domostwa najwyższej władzy ogarnął ogień. Nero, po obejrzeniu pożaru z bezpiecznego miejsca „(…) wstąpił na scenę domowego teatru i opiewał zagładę Troi, porównując obecne nieszczęście z klęskami przeszłości”[13]. Jeśli to prawda, to przyznać należy, że człowiek ten nie miał żadnego poczucia rzeczywistości, a jak osobowość narcystyczna, za grosz empatii. Ale puste gesty chętnie wykonywał.

Wreszcie dowódcy akcji, a pewnie byli nimi urzędujący wówczas pretorowie (sprawa przekroczyła zwykłe obowiązki porządkowe edylów), podjęli bardzo drastyczne środki zaradcze, co ułatwiła kręta rzeka Tybr. Przede wszystkim skoncentrowano posiadane siły na jednym kierunku. Zdecydowano, by nie ratować płonących dzielnic. Skupiono się na ocaleniu ostatnich obszarów nie objętych pożarem. „Dopiero szóstego dnia u stóp Eskwilinów położono kres pożodze, zdemolowawszy na niezmiernej przestrzeni budynki w tym celu, aby nieustannej gwałtowności żywiołu przeciwstawić pole i wolne poniekąd niebo”[14]. W ten sposób ugaszono zasadniczy pożar, ale nie dogaszony ogień jeszcze kilka razy powstawał na pogorzelisku do rozmiarów znacznych i płonął taki nawet trzy doby, powodując groźne odruchy tłumnej paniki u powracającej ludności.

Straty

Pożar, nie licząc jego kilkudobowych nawrotów, trwał nieprzerwanie siedem nocy i sześć dni. Z czternastu dzielnic całkiem uratowano zaledwie cztery. Trzy pożar i akcja ratownicza zniszczyły do gruntu. W siedmiu zachowały się resztki budynków i nieliczne obiekty kamienne. W obliczu energii uwolnionej przez burzę ogniową nie ostawały się nawet całkiem solidne i – zdawałoby się – bezpieczne budynki.

„Oprócz olbrzymiej ilości domów czynszowych spłonęły domy dawnych wodzów, ozdobione dotychczas łupami zdobytymi na wrogach, siedziby bogów, wzniesione jako wyraz dziękczynienia przez królów, a następnie jako wyraz ślubowań z czasów wojen punickich i galickich, oraz wszystko, co przetrwało z dawnych czasów”[15]. Zagrabione u Etrusków, w Grecji i Kartaginie posągi ze złota, srebra i brązu stopiły się, a marmurowe przemieniły w wapno palone i skruszały. Zupełnie przepadły bezcenne biblioteki, określane jako „stare i autentyczne pomniki geniuszu pisarskiego”[16].

Ilu zginęło ludzi – nie wiadomo, ale straty szły z całą pewnością w dziesiątki tysięcy, wielu było poparzonych. Ocaleli stanęli przed widmem katastrofy humanitarnej: ani gdzie mieszkać, ani co jeść. Ludzie tymczasowo zamieszkali w ocalałych budynkach publicznych, udostępnionych przez cesarza, ogrodach a nawet w grobowcach (nie ma tu nic makabrycznego – zamieszkali w columbariach).

Odbudowa Rzymu i jego infrastruktury stały się palącą koniecznością. A jeszcze konieczniejszym było zapobieżenie głodowi. Nero natychmiast nacisnął na namiestników prowincji, by przysyłali żywność i pieniądze. Cały świat szybko zrzucił się na aprowizację i odbudowę Rzymu. A przy okazji na nowy pałac Nerona, który byłby pomnikiem wyjątkowej megalomanii nawet bez okoliczności klęski, w jakiej powstał: pełen wodotrysków, ogromny Domus Aurea (Złoty Dom). I choć nowy Rzym miał być miejscem wygodnym do życia, Złoty Dom Nerona uczynił Miasto niefunkcjonalnym komunikacyjnie za sprawą rozmiarów i centralnej lokalizacji.

Ale, przyznać trzeba, nie tylko o swój dom Nero zadbał.

Kozły ofiarne

Ogromne nieszczęście wymagało wskazania winnych. Imię Nerona dotychczas obarczało kilka przydomków, obrazujących jego swoistą popularność: ojcobójca (Klaudiusz wziął sobie za żonę bratanicę Agryppinę i usynowił jej syna Nerona, a ta go otruła), bratobójca (kazał zabić przybranego brata Brytannika, syna Klaudiusza) żonobójca (zgładził powszechnie szanowaną Oktawię, córkę Klaudiusza, którą pojął za żonę) i matkobójca (Agryppinę również kazał zabić, udało się za drugim razem). Teraz Neron zyskał dodatkowe przydomki: podpalacza Rzymu i mordercy ludu rzymskiego. Co prawda niezasłużenie, ale sprawa przedstawiała się groźniej niż wszelkie jego zbrodnie dynastyczne. Zarządził więc śledztwo. Przypuszcza się, że jego żona, Poppea Sabina (motor śmierci Oktawii i Agrypiny), zwolenniczka Żydów i ich religii, podpowiedziała chrześcijan jako najlepszych kandydatów na podpalaczy. Być może zrobił tak Tygellinus, prefekt pretorianów. W każdym razie wszelkie działania władzy skoncentrowano na nieszczęśnikach, uznających tylko jednego, dziwnie miłosiernego, jak na starożytność, Boga. Wszystkie te i następne wypadki Henryk Sienkiewicz opisał najlepiej jak umiał, to jest z literacką przesadą, w powieści Quo vadis, więc nie będziemy się tym zajmować.

Odbudowa Rzymu

Dla nas, strażaków, najważniejszym jest, jak postanowiono odbudować Rzym. Tu całkowicie zerwano z tradycyjnym nieładem. Nero, stosując jako gotowe wzory świetnie rozplanowane (również względem róży wiatrów) i wygodne do życia miasta greckie z Azji Mniejszej, wydał dekrety, będące pierwszymi w dziejach obszernymi, konkretnymi przepisami techniczno-budowlanymi w zakresie ochrony przeciwpożarowej. I choć nie użyto pojęć dzisiejszych, np. stref pożarowych, skąd ogień ma nie wyjść ani się tam nie dostać (niestety, pożary lubią sprawdzać prawo), to zastosowano ich dwie zasadnicze cechy: odległość między budynkami i odporność ogniową ścian.

Miasto odbudowano „(…) z regularnymi szeregami domów, z szerokimi ulicami, z ograniczoną wysokością budynków, z otwartymi dziedzińcami i dodatkiem portyków dla osłony fasady domów czynszowych”[17]. Te portyki, pomysłu samego cesarza i wzniesione na jego (tzn. prowincji) koszt, pełniły dwojakie funkcje. Po pierwsze, były niezabudowanymi tarasami, z których można było gasić pożary wyższych kondygnacji. Po drugie, o czym się nie mówi, dodatkowo powiększały odległość między zasadniczymi trzonami budynków, wytyczoną szerokością ulicy i samego tarasu.

Ponadto cesarz zarządził:

  1. „(…) aby same budynki aż do pewnej wysokości bez użycia belek masywnie budowano z kamienia gabińskiego lub albańskiego, ponieważ ten kamień nie dopuszcza ognia;
  2. dalej woda [z wodociągów – PR], chwytana dowolnie przez prywatnych ludzi, miała otrzymać dozorców, aby obficiej i w większej ilości miejsc dla ogółu płynęła, a każdy [dozorca – PR] musiał mieć w pogotowiu narzędzia do gaszenia ognia;
  3. wreszcie, z wykluczeniem wspólnych ścian, każdy budynek miał być własnymi murami obwiedziony”[18].

Mimo to Rzym płonął w starożytności jeszcze kilka razy. Dlaczego? Bo rozsądnych przepisów Nerona przestrzegano wyłącznie w początkowych latach ich stanowienia. Wkrótce zabudowano tarasy plecionkową tandetą, której tak żarliwie nie chciał Witruwiusz i tak obrazowo obawiał się Juwenalis. Przecież pieniądze nie śmierdziały, a bezpieczeństwo inwestorom wszelkich czasów zawsze wydawało się, wydaje i wydawać będzie nazbyt kosztownym.

Do dziś dotrwały ślady zarządzeń Nerona. Pokazują nam to jednak nie przyziemia Rzymu, a jego przedmieścia i portu zarazem: Ostii. Do naszych czasów zachowały się jako odpowiadające co do joty opisanym wyżej porządkom ogniowym. Pośród nich rosną malownicze pinie, których zieleń z tłem schludnych ruin daje wrażenie malowniczej sielanki. My już nie damy się zwieść, bo wiemy, że było zupełnie inaczej…

Autor jest rzeczoznawcą ds. zabezpieczeń przeciwpożarowych, pisarzem historycznym, autorem kilkunastu książek, w tym Powstania Spartakusa i Lasu Teutoburskiego 9 rok n.e. W swojej karierze zawodowej był m.in. wicedyrektorem Biura Rozpoznawania Zagrożeń w Komendzie Głównej Państwowej Straży Pożarnej oraz dyrektorem Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Obecnie jest redaktorem naczelnym kwartalnika „Ochrona Przeciwpożarowa”, wydawanego przez Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Pożarnictwa.


[1] O tej i innych katastrofach w starożytności cykl artykułów Pawła Rochali w miesięczniku Przegląd Pożarniczy z 2006-2007 r.

[2] Witruwiusz II.8.17: O architekturze ksiąg dziesięć, przeł. Kazimierz Kumaniecki, Warszawa 2004, str. 63.

[3] Witruwiusz, s. 63.

[4] Witruwiusz, s.. 64.

[5] Juwenalis, Satyra III.196, za: Jerome Carpocino, Życie codzienne w Rzymie w okresie rozkwitu cesarstwa, przeł. Maria Pakcińska, Warszawa 1966, s. 41, 42

[6] Witruwiusz, s. 49.

[7] Plutarch z Cheronei, Krassus 2,  w: Żywoty sławnych mężów, przeł. Mieczysław Brozek, Wrocław 1997, s. 156

[8] Petroniusz Satyryki, przeł. Mieczysław Brożek, Wrocław 2005, str. 97

[9] Juwenalis, Satyra III.197, za: Jerome Carpocino jw., s. 36

[10] Tacyt: Roczniki XV.38, [w:] Wybór pism w przełożył Seweryn Hammer; Wrocław 2004, s. 183.

[11] Tacyt, s. 184.

[12] Tacyt, s. 184.

[13] Tacyt, s. 185.

[14] Tacyt,  s. 185.

[15] Swetoniusz, Nero, w: Żywoty cezarów, przeł. Janina Niemirska-Pliszczyńska, Wrocław 1987, str. 258.

[16] Tacyt, s. 187.

[17] Tacyt, s. 188-189.

[18] Tamże.

Obraz: Carl Theodor von Piloty (1826-1886) – Nero Views the Burning of Rome; Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported license