U kresu jedynowładztwa

11 stycznia 2023

Kiedy Alexis de Tocqueville przemierzał w latach 30-tych XIX wieku Stany Zjednoczone przyglądając się z bliska charakterystyce tamtejszego społeczeństwa oraz jego politycznych tradycji – zgoła odmiennych od tych panujących wówczas w Europie – zdumiewało go, że system demokratyczny obowiązujący w tym państwie doprowadza je co cztery lata do stanu przypominającego rewolucję.

Niecałe 200 lat później możemy sami przekonywać się raz na jakiś czas co hrabia de Tocqueville miał tak naprawdę na myśli. Każdy rok wyborczy charakteryzuje się tymi pararewolucyjnymi nastrojami  – wojenką domową bez szabel, a polaryzacja społeczna podsycana przez partie polityczne i media potęguje między zwolennikami przeciwnych obozów wrogość, wobec której przestaje mieć znaczenie to co tych samych ludzi powinno łączyć.

Polacy w tę obłudną grę demoliberalnego establishmentu dają się wciągać z naiwnością przedszkolaków. Ulegając goebbelsowskiej propagandzie zakłamanych mediów głównego ścieku, pozwalają wprowadzać się w przedwyborczy trans, ślepo wierząc w podstawionych im przez system politykierów, których znają jedynie z występów „w telewizorze” lub z billboardów oszpecających przestrzeń publiczną. Smutnym dowodem na to, że Polacy reagują na propagandowe bodźce niczym pies Pawłowa jest wyborcza frekwencja osiągająca w ostatnim czasie rekordowe wyniki.

Frekwencja wyborcza nie jest bowiem dowodem na to, że społeczeństwo dojrzewa do podejmowania świadomych wyborów, angażuje się w sprawy publiczne, troszczy o przyszłość państwa.

Rosnąca frekwencja przy jednocześnie postępującym ogłupieniu społecznym to jedynie dowód na to, że coraz więcej ludzi politycznie niezorientowanych ulega pod wpływem emocji moralnemu szantażowi demoliberalnych elit i pędzi do lokalu wyborczego w przekonaniu, że podejmuje świadomą i samodzielną decyzję, podczas gdy jest ona niczym innym jak rezultatem uwiedzenia przez propagandę danej partii.

Czytaj także: Agonia demoliberalizmu

Wkraczając w rok 2023 wkraczamy w okres nowego-starego rewolucyjnego wrzenia, w którym zostaniemy postawieni przed fałszywą alternatywą sprowadzającą się w lokalnych warunkach do wyboru, która z dwóch głównych politycznych mafii ma nas przez następne cztery lata okradać.

Zwróćmy uwagę na to, że choć przez ostatnich 8 lat władzę nad Polską (czysto teoretycznie) sprawował jeden obóz polityczny i tak był to okres niezwykle burzliwy, podczas którego dochodziło do rozmaitych napięć i konfliktów na tle politycznym i społecznym.

Przykład ten pokazuje jedynie, że demokracja liberalna w takim kształcie w jakim funkcjonuje w naszym kraju nie sprzyja w jakikolwiek sposób politycznej stabilizacji państwa.

Podczas gdy teoretycznie wieloletnie rządy jednej partii powinny wprowadzić w sposób funkcjonowania państwa pewną ciągłość i porządek oraz przynieść przynajmniej częściowe uspokojenie nastrojów społecznych, 8 ostatnich lat to jedynie spotęgowanie polaryzacji społecznej przez umiejętne wykorzystywanie strategii „dziel i rządź” i podsycanie nienawistnych nastrojów przez dominujące po obu stronach media.

Pewnego rodzaju cudem można nazwać fakt, że po 8 latach tak fatalnych rządów partia rządząca cieszy się tak ogromnym poparciem społecznym. Równie dużym „cudem” jest fakt tak dużego poparcia dla głównej partii opozycyjnej, która przez te 8 lat w opozycji nie przepuściła ani jednej okazji by się dogłębnie skompromitować. Jesteśmy więc jako społeczeństwo w sytuacji patowej, bo ludziom weszło tak mocno w krew głosowanie na dwie dominujące na scenie politycznej partie, że nawet kiedy partie te prześcigają się w realizacji planów szkodliwych dla państwa polskiego, ich poparcie pozostaje niezmiennie wysokie.

***

Uśrednione wyniki sondaży na początku roku wyborczego wskazują na to, że poparcie partii rządzącej oscyluje w okolicach 30–32%, przy 26–29% poparcia głównej siły opozycyjnej. Nie jest istotne to ile sondaże mają wspólnego z rzeczywistymi preferencjami społeczeństwa – sondaże są bowiem po to, aby te preferencje społeczeństwu narzucić. Nawet więc jeśli sondażownie dopuszczają się skrajnych manipulacji, to społeczeństwo i tak będzie się sondażami ślepo sugerować, a wyniki wyborów będą zwyczajnym odzwierciedleniem wyników sondażowych.

Gdyby komuś naprawdę zależało na próbie „naprawy” demokracji, to pierwszą rzeczą od jakiej powinien zacząć byłoby wprowadzenie całkowitego zakazu publikowania sondaży.

O ile z pojedynczych sondaży nie można wyciągać żadnych konkretnych wniosków, gdyż często są to sondaże „na zamówienie” danego medium sprzyjającego jednemu czy drugiemu obozowi, to stosując metodę analizy długoterminowych tendencji w szerszym spektrum sondaży da się już dojść do pewnych konkluzji. W ten oto sposób możemy dostrzec, że od okresu wrzesień-listopad 2020 (czas ulicznej hucpy po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego), kiedy to poparcie dla PiS spadło gwałtownie na przestrzeni 2 miesięcy (7,9% w ujęciu łącznym sondaży opracowanych przez główne ośrodki sondażowe), wahania poparcia dla tej partii były już stosunkowo niewielkie. PiS w uśrednionym ujęciu nie schodził od tego czasu poniżej 30%, ale nie wzbijał się powyżej 35%. Myślę, że można dość śmiało zaryzykować w tym momencie tezę, że te wspomniane 30% to betonowy elektorat PiS, którego nawet najbardziej absurdalne działania tej partii nie są w stanie zniechęcić do głosowania na nią. Dlatego też, choć do wyborów jeszcze całkiem dużo czasu, ciężko mimo wszystko spodziewać się by te 30%, które nie zniechęciło się do tej pory zniechęciło się tuż przed samymi wyborami.

Z drugiej strony PiS posiada bardzo ograniczone możliwości by odzyskać elektorat utracony lub przekonać nieprzekonanych. W odróżnieniu od kampanii z 2015 roku i tej z roku 2019 partia ta nie posiada już realnej możliwości stworzenia kampanii opartej na narracji pozytywnej, gdyż zbyt wiele problemów dostrzeganych przez społeczeństwo (inflacja, podwyżki cen prądu, gazu, produktów codziennego użytku, opału, paliwa) nagromadziło się na przestrzeni ostatniej kadencji. Z tego też względu PiS najprawdopodobniej swoją kampanię oprze o kwestie związane z bezpieczeństwem narodowym, używając argumentów jakoby zmiana władzy w momencie, w którym „wisi nad nami wojna” byłaby z punktu widzenia społeczeństwa zachowaniem nieodpowiedzialnym, ryzykownym i wprowadzającym w działanie państwa niepotrzebny chaos. Propaganda PiS będzie więc Polakom bez wątpienia mydlić oczy „przyjaźnią” polsko-amerykańską oraz rzekomo rosnącą potęgą militarną państwa – te wyżej opisane tendencje widać zresztą w głównych programach informacyjnych podlegających partii rządzącej.

Jeśli zaś chodzi o Platformę Obywatelską to cieszy się ona tendencją wzrostową na przestrzeni ostatnich miesięcy. Uśrednione wyniki sondaży dla PO wzrosły z 24,3 do 28,9% w ciągu 2022 roku. Podstawowe pytanie to czy Platforma będzie w stanie podtrzymać tendencję rosnącą do wyborów. Wydaje się, że jest to możliwe tylko pod warunkiem stopniowej anihilacji elektoratu Hołowni. Ten z kolei w roku 2022 stanowiło od 12,8% do 10,1% badanych, a poparcie zdaje się powoli zanikać wraz ze stopniowym wygaszeniem ekscytacji „nowym” ruchem, który „nowością” już nie przyciąga. Czego możemy spodziewać się po „liberalnej” stronie opozycji? Z jej punktu widzenia najlepszym rozwiązaniem byłoby nie robić niczego, gdyż kolejne propozycje i pomysły podsuwane przez jej „liderów” w oczach dużej części społeczeństwa jedynie ją kompromitują i utwierdzają ludzi w przekonaniu, że nie warto na nią głosować.

Strategię Platformy Obywatelskiej jest zresztą przewidzieć bardzo łatwo, bo pomimo jej całkowitej nieskuteczności realizuje ją z mniejszym lub większym natężeniem od ośmiu lat – stąd też w jej głównej propagandowej tubie demos będzie karmiony narracją o braku praworządności i widmem „wywalenia” nas z Unii Europejskiej.

Nie można bowiem spodziewać się żadnej konkretnej propozycji programowej od partii, która od 8 lat znajduje się w stanie tak głębokiej intelektualnej stagnacji, że jedyne z czym kojarzą się jej członkowie to mylenie Baltazara z Belzebubem.

Obóz „liberalny” może też bez wątpienia liczyć na gremialne wsparcie wszelkiej maści pseudoautoryterów – zarówno tych lokalnych, jak i „europejskich”.

Czytaj także: Demostenes i Herostrates

W parlamencie możemy się spodziewać także Lewicy, Konfederacji i PSL. Ta pierwsza od kwietnia 2022 utrzymuje uśrednione poparcie na poziomie 8%, podczas gdy poparcie tej drugiej w analogicznym okresie oscylowało w okolicach 6%. PSL natomiast balansuje na granicy progu wyborczego i być może zmusi to tę partię do poszukiwania możliwego startu w koalicji. Jedynym potencjalnym kandydatem do takiej koalicji zdawałaby się partia Hołowni, która nie ma problemu z „przytulaniem” do siebie polityków o najróżniejszej orientacji politycznej i politycznym życiorysie.

Czy można brać pod uwagę inne warianty koalicyjne lub pojawienie się na scenie politycznej nowych partii? Na ten moment byłoby to wróżenie z fusów – dla opozycji przestrogą w kwestii organizowania takiej koalicji mogą być ostatnie wybory parlamentarne na Węgrzech. Tam lokalna „zjednoczona opozycja” od prawa do lewa poniosła klęskę w starciu z Fideszem Wiktora Orbana. Wydaje się więc, że z punktu widzenia opozycji lepszy będzie start w rozproszeniu. Tworzenie wielkiej koalicji opozycyjnej paradoksalnie mogłoby zmobilizować elektorat PiS i napędzić mu przestraszonych wizją rządów PO i Lewicy niezdecydowanych i obojętnych wyborców. Taki manewr ułatwiłby zresztą PiSowi znacząco prowadzenie kampanii – o wiele łatwiej uderzać w jeden obóz, który jest do tego tak wewnętrznie niespójny.

***

Wspomniany przeze mnie wcześniej uśredniony wynik sondażowy PiS dawałby tej partii około 200 mandatów. Jest to zdecydowanie za mało do sprawowania władzy dlatego jedyną opcją utrzymania się „przy korycie” dla PiS byłaby koalicja z jedną z mniejszych partii. Jedynymi potencjalnymi koalicjantami PiS zdają się być PSL lub Konfederacja (czy też bardziej jej narodowe skrzydło). Problem jest jednak taki, że PSL kolejny raz będzie walczył o być albo nie być, czyli przekroczenie progu wyborczego, a Konfederacja może mieć problem z uzyskaniem 30 mandatów. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że PiS nawet po dogadaniu się z Konfederacją czy PSL nie posiadałby 231 mandatów potrzebnych do uzyskania większości. Nie muszę zresztą wspominać, że na drodze ku koalicji z Konfederacją stałyby zresztą inne przeszkody natury ideologicznej i programowej.

Czyż nie byłoby politycznym samobójstwem partii, której politycy od lat wykrzykują na wiecach „PiS-PO jedno zło” nagłe połączenie sił z jedną z tych „złych” partii?

Wobec tego kolejnym prawdopodobnym scenariuszem zdaje się być rząd koalicyjny Platformy Obywatelskiej, Polski 2050 i Lewicy. Byłby to oczywiście rząd bardzo wewnętrznie rozdarty, który najprawdopodobniej charakteryzowałaby totalna niemoc i inercja, ale zjednoczony pod hasłem odsunięcia PiS od władzy w zasadzie nie musiałby robić nic dla usatysfakcjonowania rzesz swoich fanatyków.

Kluczem jednak nie będzie ani wynik PiS, ani wynik PO, gdyż zdaje się, że partie te nie mają szansy na sprawowanie samodzielnych rządów. Kluczem w nadchodzących wyborach będzie wynik Polskiego Stronnictwa Ludowego i Konfederacji. Szczególnie sytuacja tej pierwszej partii zdaje się być bardzo korzystna. Jeżeli PSL przekroczy próg wyborczy i uzyska kilkanaście mandatów, najprawdopodobniej będą to mandaty rozstrzygające o tym, który obóz uzyska w sejmie większość głosów. PSL będzie więc w takiej sytuacji rozdawał karty bowiem swoje przystąpienie do danej koalicji może uzależnić od tego „kto da więcej”. Z punktu widzenia PO i Lewicy byłoby nawet całkiem wygodną opcją oddać PSLowi stanowisko premiera (w domyśle byłby to lider tej partii, czyli Władysław Kosiniak-Kamysz), gdyż wobec nieuchronnych kontrowersji i trudności wynikających z przewodzenia koalicji o tak szerokim spektrum interesów i poglądów łatwo byłoby zrzucić odpowiedzialność na kozła ofiarnego, czyli w tym przypadku premiera z mniejszej partii.

Co w takiej sytuacji może zaoferować PSLowi PiS? O wiele łatwiej podzielić się tortem kiedy stoi nad nim jedynie dwóch, a nie czterech zainteresowanych. PiS w obdzielaniu stanowisk w spółkach skarbu państwa doszedł do takiej perfekcji, że nawet PSL, który przez lata słynął jako Polska Partia Kumoterstwa i Nepotyzmu mógłby się skusić wizją tak szerokiego dostępu do „koryta”. Wszystkie scenariusze uwzględniające PSL mają jednak sens jedynie wtedy gdy partia ta do sejmu wejdzie i uzyska więcej niż kilkanaście mandatów.

O wiele mniej prawdopodobny jest udział w przyszłych rządach Konfederacji. Z jej punktu widzenia zarówno koalicja z Prawem i Sprawiedliwością, jak i Platformą Obywatelską mogłaby się okazać – tak jak już zresztą wspomniałem – początkiem jej końca. Bardziej prawdopodobny scenariusz to rozpad Konfederacji po wyborach, a jego przyczyną mogłyby być właśnie różnice dotyczące poglądów na zawarcie koalicji z którąś z dominujących partii. Gdyby np. PiSowi brakowało do objęcia samodzielnych rządów około 10 mandatów, a przykładowo Ruch Narodowy wewnątrz Konfederacji dysponowałby siłą właśnie 10 lub więcej mandatów, PiS bez wątpienia podjąłby się próby dogadania się z tą częścią składową Konfederacji.

Jest jeszcze jeden scenariusz, o którym niejeden publicysta pisał już w poprzednich latach, a który wydaje się być ze wszystkich możliwych scenariuszy najbardziej nieprawdopodobnym. Biorąc pod uwagę fakt, że jak niegdyś powiedział premier Morawiecki „robotnicza myśl socjalistyczna jest głęboko obecna w filozofii Prawa i Sprawiedliwości”, przynajmniej jeśli chodzi o zapatrywanie na sposób funkcjonowania państwa z punktu widzenia gospodarczego, występuje pewna oś, na której PiS mógłby dogadać się z post-SLDowską częścią składową Lewicy. Zwłaszcza, że ta też zawsze była łasa na stołki.

***

Bez względu na to kto w wyborach zwycięży i kto utworzy nowy rząd musimy mieć świadomość, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieni. Rząd PO i Lewicy bez wątpienia szybko przystąpiłby do realizacji liberalno-lewicowych „postępowych” postulatów europejskiego establishmentu (choć być może u władzy, troszcząc się o słupki sondażowe, partie te wcale nie byłyby z realizacją tej agendy tak śmiałe). Podobnie też rząd PO i Lewicy oznacza całkowitą rezygnację z resztek suwerenności i aktywny udział w projekcie budowy europejskiego państwa federalnego będącego zresztą jednym z fundamentalnych założeń umowy koalicyjnej rządu Olafa Scholza w Niemczech i kierunków wyznaczonych przez Komisję Europejską, będącej przecież w dużej mierze pod kontrolą niemieckich elit politycznych, a z drugiej strony dogłębnie zinfiltrowaną przez polityków na usługach globalistów i wielkich koncernów.

Czytaj także: Czy myśl Carla Schmitta jest aktualna? cz. I

Czyż jednak rządy PiS nie prowadzą nas w tym samym kierunku, lecz w innym tempie? Szczególnie jeśli chodzi o politykę PiS względem Unii Europejskiej ostatnie lata charakteryzują się totalną uległością rządu Mateusza Morawieckiego, który co gorsza uczynił z nas nawet jednego z prymusów transformacji energetycznej pod patronatem globalistycznych elit, świadomie potęgując aktualne i przyszłe gospodarcze i surowcowe problemy państwa polskiego oraz nieuchronne zubożenie społeczeństwa w perspektywie następnych kilku lat spowodowane wzrostem cen oraz inflacji.

Bez wątpienia jednak kolejne lata będą inne od tych ośmiu minionych. Jakikolwiek rząd powstanie po wyborach jego mandat społeczny będzie o wiele słabszy. Będzie on też o wiele bardziej wewnętrznie rozdarty (co jest typowe dla rządów koalicyjnych) lub całkiem bezradny (co charakteryzuje rządy mniejszościowe). Niewykluczone więc, że wyborcza rewolucja roku 2023 to dopiero jedna z wielu, które w następnych latach nas czekają. Jeżeli bowiem nie uformuje się w Polsce trwały rząd po tych wyborach to z dużym prawdopodobieństwem szybko doczekamy się kolejnych.

Paradoksalnie scenariusz słabego rządu mniejszościowego mógłby w tym momencie okazać się dla Polski najbardziej ozdrowieńczym. W takim układzie najprawdopodobniej wiele absurdalnych i niepotrzebnych ustaw, które w dzisiejszych warunkach przechodzą przez sejm w mgnieniu oka, nie miałoby szans na przegłosowanie dzięki czemu my sami moglibyśmy trochę odetchnąć od tej legislacyjnej biegunki.

Czytaj także: Co z Obroną Cywilną w Polsce?

Znamienne niech będzie, że przez cały tekst nie wspomniałem nawet słowem o senacie. Tam sukces opozycji wydaje się murowany, gdyż znajduje się ona w jeszcze lepszym położeniu niż przy wygranych przez nią wyborach do senatu w roku 2019. Warto się zatem zastanowić nad rolą jaką senat powinien w państwie polskim odgrywać jeżeli wybory do niego nie mają przy dzisiejszym kształcie ustrojowym państwa najmniejszego znaczenia. Senat bez wątpienia mógłby w państwie spełniać rolę użyteczną, lecz nie jako izba klaunów blokujących ustawy, które i tak po kolejnym głosowaniu przechodzą przez sejm. Nie potrzebujemy przecież jako społeczeństwo utrzymywać do tak absurdalnych celów aż 100 darmozjadów.

***

Wszystko wskazuje więc na to, że znajdujemy się u kresu „jedynowładztwa”, a najbliższe lata na polskiej scenie politycznej będą charakteryzowały się o wiele większym chaosem niż lata minione. Muszę też z miejsca wyjaśnić, że słowa „jedynowładztwo” w odróżnieniu od rozhisteryzowanych zwolenników opozycji nie użyłem w tym tekście na poważnie, lecz prześmiewczo. Ostatnie lata pokazały, że nawet jeśli w Polsce dochodzi do władzy partia z silnym mandatem społecznym, dysponująca większością w parlamencie oraz urzędem prezydenta, jej uzależnienie od czynników pozapaństwowych – organizacji międzynarodowych takich jak Unia Europejska czy ONZ, globalnej finansjery oraz koncernów międzynarodowych – jest tak wielkie, że lokalni kacykowie pełnią władzy mogą cieszyć się jedynie we własnych partiach.

Stąd też bez względu na to kto będzie rządził wyzwania, które nadchodzą będą próbą zarówno dla państwa polskiego, jak i całego społeczeństwa. W społeczeństwie nadal istnieje niewielka, lecz stopniowo rosnąca świadomość zagrożenia ze strony utopijnych, globalistycznych projektów firmowanych przez m.in. Światowe Forum Ekonomiczne, ONZ czy Unię Europejską. Choć „agenda” każdej z tych organizacji różni się w pewnych szczegółach i priorytetach, każda z nich otwarcie dąży (i potwierdza to niezliczona ilość dokumentów, książek i wypowiedzi „liderów”) do radykalnego osłabienia siły państw narodowych na rzecz organizacji międzynarodowych, a w ostatecznym dla globalistów scenariuszu ich całkowitej likwidacji i wprzężenia w ponadnarodowe struktury quasi-państwowe.

Rządy muszą się również przystosować do tego, że władza przenosi się z graczy państwowych na niepaństwowych.

Klaus Schwab, Czwarta rewolucja przemysłowa

Nie uchroni nas przed zubożającą społeczeństwo transformacją energetyczną, ideologizacją i destrukcją prawa, stopniowym ograbianiem z wolności obywatelskich czy likwidacją gotówki żadna polityczna partia, gdyż partie aktualnie istniejące na polskiej scenie politycznej są zbyt słabe i bezideowe by podejmować się walki z instytucjami o stokroć od nich silniejszymi. Kluczowa rola do odegrania w przyszłości spoczywa więc nie na partiach, lecz na społeczeństwie – tylko społeczeństwo świadome swojego położenia, uodpornione na ogłupiającą propagandę i kłamstwa wygadywane przez polityków i tzw. ekspertów od prawa do lewa, będzie mogło stworzyć oddolną presję, stać się siłą, z którą rządzący będą musieli się liczyć.

Na koniec dodam jedynie, że celowo uniknąłem w tym tekście personaliów by podkreślić w ten sposób, że w zdegenerowanym demoliberalizmie nie ma tak naprawdę znaczenia kto stoi na czele danego obozu, lecz kto, a konkretnie jaka grupa interesów stoi za nim. W polskiej polityce nie ma bowiem ani jednej jednostki wybitnej i w III RP nigdy takiej nie było. Nie traćmy więc czasu na rozprawianie o portretach psychologicznych miernot, kłamców czy zdrajców – zastanówmy się lepiej jak przeciwstawić się globalistycznemu taranowi, który lada moment uderzy w nasze drzwi.